“Gdy urodził mi się pierwszy wnuk, z wielkim zdziwieniem odkryłam, że niektórym rodzicom, konkretnie mojej córce, nie chce się przyrządzać domowych posiłków dla dziecka i korzysta głównie z gotowych słoiczków i tubek… Długo starałam się nie komentować. Ale to, co od pewnego czasu widuję podczas odwiedzin u córki i jej męża, już nie na moje nerwy… Oni nie potrafią normalnie dać dziecku jedzenia! Okazuje się, że niezbędnym elementem śniadania, obiadu i kolacji jest pilot od telewizora… Czy to moja wina?”
Córka nie potrafi dać dziecku posiłku bez bajki w TV
Ja wiem, że swoje dziecko już odchowałam i niby nie powinnam się wtrącać, ale… nie da się tego zostawić i odpuścić. Zależy mi na wnukach i na tym, żeby wyrosły na ludzi, a nie ma bezmyślne stworzenia pozbawione własnej inicjatywy… Dlatego tak bardzo mnie boli to, jak zachowuje się moja córka Anka w pewnej kwestii.
Z córką utrzymuję częste i bliskie kontakty. Założyła rodzinę i mieszka niedaleko. Często korzysta z mojej pomocy. Kiedy Anka i jej mąż są w pracy, często to ja zajmuję się Zosią. Ze względu na to widzę też, jak na co dzień postępują rodzice Zosi… I nie wszystko w tych ich metodach wychowawczych mi się podoba.
Kiedy przez pierwszy rok życia Zosi odwiedzałam ich sporadycznie, a Zosia była tylko na mleku mamy, wszystko było OK.
Lecz wnusia podrosła i mama zaczęła jej wprowadzać nowe pokarmy, ze zdziwieniem zdałam sobie sprawę, że ani ona, ani jej mąż nie gotują dziecku np. zwykłej kaszy, tylko same kaszki instant! To samo było ze wszystkim — mała dostawała w domu głównie gotowce: słoiczki i tubki…
Długo starałam się nie komentować, ale Anka sama wyczuła, że patrzę na to z niepewną miną. Tłumaczyła, że to ze względu na ekologiczny skład tych gotowców, bez oprysków itd., bo z takimi warzywami z bazarku to nigdy nie wiadomo… Cóż, to jeszcze mogłabym zrozumieć.
Ale za to kompletnie nie rozumiem tego, że Anka do każdego posiłku włącza dziecku telewizor! Bez pilota nie ma u nich ani śniadania, ani obiadu, ani kolacji.
Zaczęło się niewinnie, od bajek w niektórych sytuacjach, kiedy rodzice się dokądś spieszyli lub chcieli odwrócić uwagę małej, ale wkrótce przerodziło się to w codzienny standard. Bo dziecko tak chciało…

Czuję, że odniosłam wychowawczą porażkę
Tego już było dla mnie za wiele. Czego ona nauczyła to dziecko! Zosia nie będzie mogła się skupić na niczym, zwłaszcza na jedzeniu, skoro gapi się w telewizor jak sroka w gnat, a tylko mama ekspresowo macha łyżką, żeby szybko mieć z głowy ten punkt programu.
Zwłaszcza że to skandaliczne przyzwyczajenie odbija się na mnie… Bo Anka musiała wracać do biura na 3/4 etatu po 12 miesiącach macierzyńskiego, a nie chciała wtedy oddawać Zosi do żłobka… Zgodziłam się, że tak dla dziecka będzie lepiej, i rok temu to ja przejęłam opiekę przez 7 godzin dziennie. A wtedy wyszło szydło z worka…
Jak babcia nie pozwala włączyć telewizji, to jest wizg, pisk i plucie wszystkim dookoła. Ręce mi opadają, bo nie pozwolę na coś takiego w moim domu, a wnusia ma już na tyle silne przyzwyczajenie do ekranu przy jedzeniu, że bez TV jest tylko krzyk, że Zosia chce bajkę!
Ta sytuacja spędza mi sen z powiek. Myślałam, że wychowałam rozsądną osobę, która będzie kiedyś dobrą matką. Owszem, u nas też nie stroniło się od TV, ale było to pod kontrolą i bajka o 19 była nagrodą po posiłku, a nie w trakcie…
Może to przez te zakazy Anka teraz tak mocno popuściła cugle? Z jednej strony czuję się winna, a z drugiej — przecież nie da się wychowywać dzieci bez stawiania rozsądnych granic…
Swoim dzieciom gotowałam sama i nie zbywałam ich byle czym, a teraz mam wrażenie, że w przypadku Anki moje wysiłki poszły na marne. Nie rozumiem, czemu ona myśli tak krótkowzrocznie i bardziej dba o swoją wygodę, niż o to, jakie konsekwencje spowoduje takie wychowywanie Zosi… Nie mam pojęcia, jak mam z nią o tym rozmawiać.