Sprawa 4-letniego Oskara z Piotrkowa Trybunalskiego była na tyle szokująca, że do dziś w internecie można natknąć się na dyskusyjne fora, w których ludzie przypominają wstrząsające wydarzenia z województwa łódzkiego, pytają o wyroki dla oprawców chłopca, pojawiają się nawet mocne deklaracje „oczekiwania, aż wyjdą z więzienia”, bo „ich czyny nie zostaną zapomniane”.
Zbrodnia przeciwko Oskarkowi wyszła na jaw dopiero w marcu 2006 roku, ale dziecko miało być maltretowane przez bliskie mu osoby już wcześniej. Matka chrzestna wspominała w mediach, że bardzo dobrze się rozwijał, jeździł na rowerku, biegał po podwórku. Pracownica socjalna zauważyła jedynie, że dużo siedzi przed telewizorem, potem uznano, że sprawiał problemy wychowawcze. Większość rzeczy bagatelizowano, albo, jak zarzekali się w późniejszym etapie śledztwa świadkowie, twierdzono że nie pojawiały się żadne sygnały świadczące o przemocy wobec chłopca. Tymczasem Oskarek przeżywał prawdziwe katusze.4-latek nagle stał się cichy, wycofany. Nikt nie zauważył zmiany. Służby i urzędnicy też zawiedli chłopcaSerwis „Łódź Nasze Miasto”, którego dziennikarze szczegółowo przyglądali się tym wydarzeniom i chodzili na rozprawy w procesie oprawców malca, podawali że jego mieszkanie znajdowało się w odrapanej kamienicy w centrum Piotrkowa, zaledwie 150 metrów od Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie. Nieco dalej znajdowała się przychodnia, w której lekarka badała Oskara.
W ciągu półtora roku z radosnego dziecka 4-latek miał stać się cichy, wycofany. Pracownica socjalna opisała go jako „dziwnie spokojnego”. Nikt wówczas nie przypuszczał, że chłopiec mógł paść ofiarą bestialskiego znęcania się. Tymczasem w mieszkaniu jego matka miała bić go, bo „był niegrzeczny i pyskował”. Ale największą krzywdę, przy jej cichym przyzwoleniu, wyrządzał maleństwu konkubent kobiety. Złamał mu na przykład rączkę, gdy na jego widok – ze strachu, jak cytowano w sądzie – „siusiał w majtki”. Odnosiło się zresztą wrażenie, że Oskarek obrywał za samą swoją obecność, niezależnie od tego, czego by nie zrobił.Witold Błaszczyk, rzecznik piotrkowskiej prokuratury, mówił w tamtym okresie, że nie musiało dojść do tragedii, gdyby ktokolwiek zareagował w porę. Tutaj nie zareagował nikt: sąsiedzi, pracownicy opieki, matka dziecka. Oskarek został pozostawiony na pastwę ojczyma.Poznaj więcej historii: Pokój Zbrodni
Tragiczne wieści napłynęły w jeden z marcowych poranków 2006 roku. Był czwartek, tuż po godzinie 5:00, kiedy dyspozytorka pogotowia odebrała anonimowe zgłoszenie od mężczyzny. Dzwonił prawdopodobnie konkubent matki Oskara. Poinformował, że potrzebna jest pilna pomoc, że „umiera dziecko”. Do mieszkania przy ulicy Piastowskiej błyskawicznie wysłano odpowiednie służby, lecz było już za późno. Lekarz stwierdził zgon chłopca. Potem zeznawał, że tak zmaltretowanego dziecka nie widział w całym swoim życiu.Gdy pojawiło się podejrzenie, graniczące z pewnością, że Oskarek przed śmiercią był wręcz torturowany, do mieszkania wezwano policję. Joanna M., matka 4-latka, w spokojnych słowach stwierdziła, że mieszka sama, a jej syn po prostu się przewrócił. Jego obrażenia tłumaczyła licznymi upadkami albo poparzeniami farelką.
Mówiła, że spadł z rowerka, że w coś się uderzył. Od początku chroniła nie tylko siebie, ale i konkubenta.Ludzie chcieli ukamieniować sprawcę. Policjanci musieli uspokajać wściekły tłum, bali się linczuSłużby wiedziały, że to nie kobieta wezwała pogotowie, tylko jakiś mężczyzna. Dążyli więc do tego, by uzyskać odpowiedź na pytanie, kim była ta tajemnicza osoba. Po nitce do kłębka dotarli do Artura N., partnera kobiety. Przyznał się, że zadzwonił po karetkę. Przyciśnięty przez funkcjonariuszy, przyznał się również do stosowania przemocy wobec Oskara. 25-letni wówczas mężczyzna usłyszał zarzuty dotyczące wielomiesięcznego znęcania się nad dzieckiem. Prokuratura zarzuciła mu też zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem.
24-letnia Joanna M., matka chłopca, otrzymała z kolei zarzuty mówiące o znęcaniu się nad maluchem ze szczególnym okrucieństwem oraz o podżeganiu do jego zabójstwa. Obojgu groziła kara dożywotniego więzienia.Książka o przemocy wobec dzieci w Polsce: Dzieci odchodzą w ciszy. Sprawa Kamilka z CzęstochowyW toku śledztwa próbowano ustalić, czy faktycznie o cierpieniu Oskara nie wiedział nikt poza jego matką oraz jej partnerem. Zdaniem prokuratury, wiedzę o stosowaniu przemocy wobec dziecka mieli rodzice Artura N. To wyjaśniałoby, dlaczego odmówili składania wyjaśnień w sprawie. Jakim trzeba być człowiekiem, by przymykać oczy na takie bestialstwo? – to pytanie zadawało sobie wiele osób. Prawdziwe tłumy były bowiem poruszone tragedią, jaka spotkała chłopca.
Ludzie, w tym rodzice, zebrali się przed prokuraturą w Piotrkowie, by dać wyraz swojej złości. Krzyczeli, że oprawców chłopca należy „ukamieniować lub wysłać na szubienicę. Domagano się przywrócenia kary śmierci, specjalnie dla nich. Policjanci musieli uspokajać wściekły tłum, który częściowo próbował się przedrzeć do budynku. Emocje były jednak zrozumiałe: to, co spotkało Oskara, nie mieściło się w głowie normalnego człowieka. – Trudno znaleźć jakieś słowa. To, co ci bandyci zrobili, coś okropnego – mówili świadkowie. – Śmierć za śmierć. Nie wiem, czy jest jakaś adekwatna kara za takie katowanie dziecka – komentowała kobieta, z którą rozmawiał portal „Łódź Nasze Miasto”.Joanna M. i Artur N., zgodnie z decyzją prokuratury, zostali tymczasowo aresztowani – na razie na trzy miesiące, choć pobyt za kratami później przedłużano.
Mundurowi, którzy prowadzili tę sprawę i brali udział w przesłuchaniu podejrzanych, opowiadali w mediach, że Artur N. zachowywał się podczas składania zeznań tak, jakby relacjonował mecz piłki nożnej. Matka Oskara miała z kolei wpaść w panikę dopiero, gdy zorientowała się o grożących jej i konkubentowi konsekwencjach.Szokujące wideo opublikował w sieci | Pokój ZbrodniTrudna przeszłość Joanny M., matki dziecka. Prawdziwy ojciec Oskarka “nieznany”Joanna M. wychowywała się w sierocińcu, a Oskar był jej pierwszym dzieckiem. Do przestrzeni publicznej nie przeniknęła informacja o biologicznym ojcu.
Dziennikarze pisali jedynie, że „prawdziwy tata jest nieznany”. Z Arturem N., 24-latka doczekała się też drugiego potomka. Gdy sprawa z maltretowaniem chłopca wyszła na jaw, również 9-miesięczny Kacper został odebrany rodzinie. Sąd postanowił o umieszczeniu go w Domu Małego Dziecka w Piotrkowie. Rozpoczęto też procedurę odebrania parze praw rodzicielskich. Co ciekawe, mały Kacper był w stanie nienaruszonym, wręcz idealnym. Prokuratura mówiła, że dbali o niego. Spekulowano, że być może to Oskar był niechciany, bo nie był ich wspólnym dzieckiem, tylko samej Joanny.