Uśmiech Michała zamarł na ułamek sekundy. Zmarszczył brwi, jakby nie dosłyszał, i nachylił się lekko nad stołem.
— Słucham?
— Dobrze mnie usłyszałeś. Nie będę cię przekonywać, nie będę prosić, nie będę obiecywać, że się zmienię. Jeśli chcesz odejść — odejdź.
Czerwone cyfry na ekranie nadal odliczały czas, ale po raz pierwszy od lat straciły jakiekolwiek znaczenie. Michał zaśmiał się krótko, sztucznie.
— Aha, czyli teraz grasz w obojętność?
Katarzyna pokręciła głową.
— To nie gra. To zmęczenie. Dwadzieścia lat żyłam pod twoją groźbą. Najpierw się bałam. Potem próbowałam zasłużyć. A teraz… teraz po prostu już mnie to nie obchodzi.
Michał gwałtownie odsunął krzesło i wstał.
— Nie obchodzi? Po wszystkim, co dla ciebie zrobiłem?
— Co takiego zrobiłeś? — zapytała cicho, bez cienia ironii. — Sprawiłeś, że codziennie musiałam udowadniać, że zasługuję, żeby tu być. Że jestem wystarczająco dobra. Że mogę zostać jeszcze jeden dzień. Każdy błąd był dla ciebie pretekstem, żeby mnie nastraszyć.
— Przesadzasz.
— Nie. Dopiero teraz mówię prawdę. Nie chciałeś żony. Chciałeś kogoś, kto będzie się bał. Kogoś, kto będzie się spieszył, żeby naprawić wszystko — nawet to, czego nie zepsuł.
Michał przeszedł kilka kroków po kuchni, coraz bardziej zdenerwowany.
— A ty? Ty byłaś idealna? Myślisz, że łatwo było z tobą żyć? Zawsze zmęczona, zawsze jakaś nie taka!
— Nie byłam idealna — przyznała spokojnie. — Ale byłam człowiekiem. A ty traktowałeś mnie jak projekt do poprawy. Jak coś, co trzeba ciągle oceniać.
Na chwilę zapadła cisza. W tej ciszy rozległ się sygnał timera — trzy krótkie dźwięki. Czas minął.
Katarzyna sięgnęła po telefon i wyłączyła go spokojnym ruchem. Odłożyła ściereczkę, jakby kończyła zwykłą, codzienną czynność. Michał patrzył na nią, nie rozumiejąc, co się właśnie wydarzyło.
— Ty mówisz poważnie? — zapytał ciszej. — Naprawdę myślisz, że sobie poradzisz sama?
Spojrzała na niego długo i uważnie.
— Wiesz, co jest najdziwniejsze? — powiedziała. — Że zawsze chodziło tylko o to. Nie o miłość. Nie o nas. Tylko o twoją pewność, że bez ciebie nie dam sobie rady.
Zrobiła krótką pauzę.
— A ja dam.
Te dwa słowa zabrzmiały spokojnie, ale mocniej niż jakikolwiek krzyk.
— Może będzie trudno. Może będę się bała. Może będzie cicho. Ale to będzie moje życie. Bez ciągłego napięcia. Bez czekania na twój kolejny werdykt.
Michał próbował się uśmiechnąć, ale coś mu nie wyszło.
— Wrócisz za tydzień, zobaczysz.
— Nie. Myślę, że dopiero wtedy zacznę oddychać.
Te słowa zawisły między nimi ciężko i ostatecznie. Po raz pierwszy jego groźba nie zadziałała. Po raz pierwszy nie miał nad nią władzy.
— Dobrze — rzucił nagle. — To odchodzę.
— Dobrze — odpowiedziała Katarzyna.
Bez łez. Bez dramatów. Bez kroku w jego stronę.
Michał stał jeszcze chwilę, jakby czekał, że go zatrzyma. Że coś pęknie. Że zobaczy dawną reakcję. Ale nic takiego się nie stało.
Odwrócił się gwałtownie i poszedł do sypialni. Po chwili było słychać trzask szafy, przesuwanie rzeczy, uderzenia szuflad. Robił hałas, jakby chciał ją sprowokować.
Katarzyna tymczasem podeszła do zlewu, włożyła talerze do wody i otworzyła okno. Do środka wpadło chłodne powietrze.
Po kilku minutach Michał wrócił z torbą.
— Pożałujesz tego — powiedział.
Katarzyna pokręciła głową.
— Żałuję tylko, że nie powiedziałam tego wcześniej.
Zatrzymał się w drzwiach jeszcze na chwilę. Czekał. Ale ona tylko patrzyła spokojnie.
Wyszedł, trzaskając drzwiami.
W mieszkaniu zapadła cisza.
Prawdziwa cisza.
Katarzyna stała przez chwilę w środku kuchni, jakby nasłuchiwała. Żadnych kroków. Żadnych uwag. Żadnego napięcia.
Usiadła powoli przy stole, tym samym, przy którym siedział Michał. Spojrzała na talerz z „przesuszonym” mięsem.
Wzięła kawałek, spróbowała.
Nie było idealne.
Ale było wystarczająco dobre.
I po raz pierwszy od bardzo dawna Katarzyna poczuła coś, czego nie potrafiła nazwać inaczej niż spokojem.