16 października 2009 r. o godz. 7:40 rano strażnik pełniący służbę w obserwatorium Johnston Ridge po raz ostatni widział grupę czterech osób.
45-letni profesor Lawrence Meyer wraz z trójką swoich najlepszych studentów – Markiem, Allison i Davidem – zapuścił się głęboko w strefę o ograniczonym dostępie na górze St.
Helens oficjalnie ogłosiła, że celem badań jest rekultywacja gleby.
Wyglądali jak zwykła ekspedycja naukowa, która miała wrócić do cywilizacji za dwa dni.
Jednak gdy dwa tygodnie później ekipa poszukiwawcza znalazła zepsuty aparat cyfrowy 3 metry od szlaku turystycznego, śledczy nie znaleźli w nim ujęć przyrody, lecz 14 sekund czystego horroru.
Na nagraniu widać, jak troje młodych ludzi wpadło w panikę i wybiegło na górę, uciekając przed mężczyzną, któremu powierzyli swoje życie.
Góra ukrywała ich ciała pod warstwą śniegu o grubości 4,5 metra przez dokładnie 8 miesięcy, aż czerwcowe roztopy ujawniły prawdę o okrutnej pułapce, z której nie było ucieczki.
16 października 2009 r. o godz. 7:40 rano w dzienniku turystycznym przy posterunku strażników leśnych w pobliżu obserwatorium Johnston Ridge pojawił się nowy wpis.
Napisano to czarnym długopisem, a pismo było płynne i pewne.
W kolumnie jako kierownik zespołu widniało nazwisko Lawrence Meyer.
W wydarzeniu wzięło udział czterech uczestników.
Profesor stwierdził, że celem wizyty było zbadanie procesu odbudowy pokrywy glebowej na północnym zboczu po erupcji z 1980 roku.
Planowany czas powrotu to 18 października, godzina 17:00.
Trzech studentów stało przy ladzie wraz z 45-letnim profesorem.
21-letni Mark Sterling, kapitan uniwersyteckiej drużyny lekkoatletycznej, nerwowo poprawiał paski plecaka.
Obok niego stała 20-letnia Allison Craig i przeglądała mapę.
Nieco dalej czekał 22-letni David Pac, opierając się o ścianę.
Strażnik pełniący służbę, który wydał zezwolenie, wspominał później, że grupa wyglądała na dobrze wyposażoną, ale dziwnie cichą.
Nie było między nimi żadnych żartów ani rozmów, typowych dla uczniów wybierających się na wycieczkę.
Tylko krótkie, sporadyczne polecenia ze strony profesora.
O godz. 8:15 grupa opuściła obserwatorium i wyruszyła na wędrówkę.
Niebo nad Górami Kaskadowymi zasnuwały ciężkie, szare chmury.
Prognozy zapowiadały pogorszenie pogody, ale nie ogłoszono jeszcze ostrzeżenia przed burzą.
To był ostatni raz, kiedy widziano Marka, Allison i Davida żywych.
18 października minął bez żadnych wiadomości.
Gdy zegar wskazał godzinę 19:00, a grupa Meyera nie pojawiła się na punkcie kontrolnym i nie nawiązała kontaktu, uruchomiono procedurę poszukiwawczo-ratowniczą.
Sytuację komplikował fakt, że telefony wszystkich członków wyprawy milczały.
Od poranka 16 października nie odnotowano ich obecności w sieci, co było sytuacją nietypową nawet jak na teren górzysty o słabym zasięgu.
Rankiem 19 października w dolinie rzeki Tuttle utworzono sztab dowodzenia prowadzący zakrojone na szeroką skalę poszukiwania.
W powietrze wzbiły się dwa helikoptery Gwardii Narodowej wyposażone w kamery termowizyjne.
Na miejscu akcji działało pięć grup profesjonalnych ratowników oraz trzy zespoły z psami.
Jednak pogoda, jak to często bywa jesienią w górach, nie sprzyjała turystom.
Gęsta mgła unosząca się nad wąwozami ustąpiła miejsca marznącemu deszczowi.
Drobny pył wulkaniczny pod stopami zamienił się w śliskie, lepkie błoto, które uniemożliwiało szybkie poruszanie się i całkowicie zatarło wszelkie ślady.
Nawet psy wyszkolone do wyczuwania zapachu po upływie kilku dni nie były w stanie nic zrobić.
Deszcz zmył ten zapach, a specyficzny skład chemiczny gleby wulkanicznej zdezorientował zwierzęta.
Ratownicy przeczesywali teren kwadrat po kwadracie wzdłuż oficjalnego szlaku granicznego, schodzili do wąwozów i sprawdzali jaskinie, ale znaleźli tylko pustkę.
Nie było żadnego porzuconego sprzętu, żadnych śladów ogniska ani resztek opakowań po jedzeniu.
Grupa czterech dorosłych osób zdawała się rozpłynąć w szarej mgle.
Poszukiwania trwały dwa tygodnie.
Z każdym dniem nadzieja na odnalezienie uczniów żywych malała.
W nocy temperatura spadła poniżej zera i w takich warunkach przetrwanie bez schronienia i ogrzewania było praktycznie niemożliwe.
30 października faza operacyjna zaczęła się kończyć, a sprawa została zakwalifikowana jako zaginięcie.
The breakthrough occurred on November 2nd when most of the volunteers had already left.
One of the volunteers of the search team, combing a sector 3 mi away from the official route, noticed an unnatural shine at the bottom of a dry stream bed.
A digital video camera lay between two bassalt boulders, half covered in wet ash.
Its body was cracked and the lens was broken as if it had been violently thrown against the rocks.
The camera was immediately taken to the state police crime lab.
Pomimo uszkodzeń obudowy karta pamięci wewnątrz pozostała nienaruszona.
Ekspertom udało się odzyskać dane.
Wśród dziesiątek zdjęć krajobrazów i formacji skalnych znalazł się jeden plik wideo.
To był ostatni.
Data to 15 października, a godzina to 15:20.
Śledczy, którzy zgromadzili się wokół monitora, aby obejrzeć nagranie, spodziewali się zobaczyć nagranie pożegnalne, być może ostatnią wiadomość zaginionych turystów, ale to, co zobaczyli, przyprawiło doświadczonych funkcjonariuszy o dreszcze.
Film trwał dokładnie 14 sekund.
Obraz bardzo się trząsł.
Obiektyw chaotycznie przeskakiwał, rejestrując to ołowiane niebo, to zabłocone buty.
Sądząc po kącie ujęcia, urządzenie wisiało na szyi lub było przymocowane do klatki piersiowej biegnącego operatora.
W kadrze widoczne były plecy trzech osób.
Byli to Mark, Allison i David.
Ale oni nie maszerowali.
Biegli.
Biegli z całych sił pod górę po stromym zboczu pokrytym piargami, zapadając się w popiele.
Nie mieli na sobie plecaków.
Zrzucili cały swój sprzęt, żeby zmniejszyć ciężar.
Dźwięk na nagraniu był fatalny.
Przez szum wiatru słychać było ciężki, przerywany oddech mężczyzny stojącego za kamerą.
Nie był to oddech ofiary, lecz łowcy, który mimo zmęczenia nie przestaje ścigać.
W piątej sekundzie Allison Craig, która biegła jako ostatnia, potknęła się.
Odwróciła się na chwilę, patrząc prosto w obiektyw.
Jej twarz była blada, wykrzywiona w grymasie zwierzęcego przerażenia.
Miała szeroko otwarte oczy, a usta wykrzywiły się w niemym krzyku.
Nie patrzyła w obiektyw.
Patrzyła w oczy osobie, która ją trzymała.
Krzyknęła coś, ale jej słowa zagłuszył szum wiatru i zgrzyt kamieni.
Dziewczyna gwałtownie wstała i próbowała przyspieszyć, doganiając chłopców.
Kamerzysta nie powiedział ani słowa.
He continued to run after them, closing the distance.
His shadow, long and ugly, fell for a moment on the girl’s back.
At the 12th second mark, the video jerked.
The image turned upside down.
Gray clouds flashed, then dark outlines of rocks.
There was a dull, unpleasant sound of plastic hitting stones.
The camera fell.
W ostatnich dwóch sekundach nagrania widoczny był nieruchomy kadr, pochyły horyzont oraz czyjeś stopy w ciężkich butach turystycznych, biegnące przed obiektywem w kierunku zbiegów.
Wtedy ekran stał się czarny.
Czerwiec 2010 roku spóźnił się w Górach Kaskadowych.
Miniona zima była jedną z najsurowszych od dziesięcioleci, a pokrywa śnieżna na północnym zboczu wulkanu osiągała miejscami nawet 4,5 metra.
Góra św.
Helens, niczym ogromny sejf, bezpiecznie skrywała swoje tajemnice pod warstwą lodu i ubitego śniegu.
Dopiero na początku lata, gdy stabilne temperatury powyżej zera stopiły pokrywy śnieżne, wulkan zaczął niechętnie oddawać to, co zabrał osiem miesięcy wcześniej.
14 czerwca 2010 r. grupa geodetów pod kierownictwem Roya Millera otrzymała pozwolenie na prowadzenie prac w zamkniętym sektorze znanym jako „czerwona strefa”.
Był to obszar o niestabilnym podłożu, do którego turystom surowo zabroniono wstępu.
Zadaniem grupy było przeprowadzenie pomiarów kontrolnych erozji gleby po sezonie zimowym.
Prace przebiegały zgodnie z planem do godziny 11:30.
Gdy Miller poruszał się wzdłuż grzbietu jednego z bocznych odgałęzień, dostrzegł przez lornetkę coś niezwykłego na dnie głębokiego wąwozu, 300 stóp poniżej.
Wśród monotonnej szarości popiołu wulkanicznego i czarnego bazaltu wyróżniała się jasnopomarańczowa plama.
Kolor był zbyt nasycony, jak na naturalną formację.
Może to być kawałek plastiku, zapomniany namiot albo jakiś element wyposażenia.
Geodeci postanowili zejść na dół, aby to sprawdzić.
Zejście było trudne.
Ziemia pod stopami kruszyła się, a w cieniu głazów wciąż leżały kępki brudnego śniegu.
Kiedy grupa znalazła się w odległości 15 metrów od dna wąwozu, Roy Miller skinął na swoich kolegów, by się zatrzymali.
To, co z góry wyglądało jak śmieci, z bliska przybrało przerażający kształt.
Na dnie wąskiego kamiennego żlebu, oparte o stromą skalną ścianę, leżały szczątki trzech osób.
Czas, wilgoć i lokalne zwierzęta padlinożerne zrobiły swoje.
Jednak ubrania wykonane z nowoczesnych materiałów syntetycznych zachowały się zaskakująco dobrze.
To właśnie jaskrawopomarańczowa kurtka jednej z ofiar zwróciła uwagę osób przeprowadzających badanie.
Ciała leżały w zwartej grupie, splecione ze sobą.