Kiedy jesteś przywiązana do dwóch drzew w środku nocy, w drugim miesiącu ciąży, a alpejskie zimno przecina twoją skórę jak szkło, a przed tobą pojawia się niemiecki żołnierz z nożem w ręku, nie myślisz o zbawieniu. Myślisz, że nadszedł czas. Zamykasz oczy i czekasz na koniec.
Ale to, co wydarzyło się tamtej nocy w styczniu 1944 roku, nie było końcem. Było to coś, czego wojna nigdy nie powinna była dopuścić. Coś, co nadal mnie prześladuje, sześćdziesiąt lat później, nie jako koszmar, ale jako jedyne światło, które przebiło się przez piekło. A jeśli jutro umrę, nie wyjawiając tej prawdy, umrze ona wraz ze mną, a imię Matisa Kellera zniknie, jakby nigdy nie istniał.
Nazywam się Éane Vaerkc. [muzyka] Mam rok. Urodziłem się w Lille, w północnej Francji, w kamiennym domu, gdzie moja mama sadziła lawendę, a tata naprawiał zegarki. Dorastałem wierząc, że świat ma swój porządek, że ludzie szanują granice, że okrucieństwo musi mieć jakiś powód. Wojna zniszczyła wszystkie moje złudzenia.
W ciężarówce unosił się zapach potu, moczu i rozpaczy. Nikt nie płakał głośno. Strach nauczył nas milczeć. Zabrano nas do tymczasowego obozu dla uchodźców niedaleko Strasburga, prowizorycznej konstrukcji, która nie figurowała w oficjalnych rejestrach Vermarthe, miejsca, w którym nie obowiązywały zasady konwencji genewskiej, ponieważ oficjalnie obóz ten nie istniał.
Odkryłem to wiele lat później, kiedy próbowałem znaleźć dokumenty. Nie było tam nic, tylko szeptane zeznania ocalałego, który wolał zapomnieć. Spędziłem tam trzy miesiące. Trzy miesiące, które powinny mnie zabić. Pierwszą torturą było zimno, wilgotne zimno, które przenikało wody i nigdy nie znikało.
Spaliśmy w zgniłych drewnianych barakach bez ogrzewania, stłoczeni jak drewno opałowe. Mój brzuch rósł, a ciało marniało. Jedliśmy raz dziennie klarowny bulion z ziemniaków i rzepy, czasem dwa razy, jeśli były resztki. Strażnicy traktowali nas jak zwierzęta w cyrku. Nie bił nas często, ale systematycznie poniżał, zmuszając do stania godzinami na mroźnym dziedzińcu.
Kazał nam śpiewać niemieckie hymny, których nie znaliśmy, i śmiał się, gdy się potykaliśmy. Jedna ze strażniczek, blondynka o jasnych oczach, imieniem Hilde, wydawała się czerpać szczególną przyjemność z wytykania palcem mojego brzucha i głośnego pytania, gdzie jest ojciec dziecka. Nigdy nie odpowiadałam. Milczenie było jedyną godnością, jaka mi pozostała. Na początku modliłam się.
Modliłam się, aby moje dziecko urodziło się żywe, abym przeżyła wystarczająco długo, aby zobaczyć, jak oddycha, aby coś lub ktoś przyszedł i nas stamtąd wyciągnął. Ale tygodnie mijały, a Bóg wydawał się zbyt zajęty większymi wojnami. Pewnej nocy w styczniu leżałam na podłodze baraku, czując, jak moje dziecko porusza się w moim łonie, kiedy usłyszałam ciężkie kroki butów na zewnątrz.
Drzwi się otworzyły. Dwie postacie zasłoniły słabe światło księżyca. Jedna z nich wskazała na mnie i powiedziała mój numer, a nie imię. Numer 34. [muzyka] Powoli wstałam, czując ciężar ciała i bicie serca. Pozostałe kobiety patrzyły na mnie z litością i ulgą, że to nie one. Wyprowadzono mnie z baraku.
Przeszedłem przez dziedziniec pokryty brudnym śniegiem, minąłem wewnętrzne bramy obozu, aż dotarliśmy do zalesionego obszaru na skraju terenu. Miejsce, którego nigdy wcześniej nie widziałem. Nie pytałem o nic. Pytania były niebezpieczne. Po prostu szedłem. Kiedy się zatrzymaliśmy, zauważyłem, że są tam inne osoby. Ciemne sylwetki między drzewami, palące papierosy, czekające.
Jeden ze strażników popchnął mnie do przodu. Inny mężczyzna chwycił mnie za nadgarstki i zaczął wiązać je grubą, szorstką liną. Instynktownie próbowałem się wyrwać, ale on ścisnął mnie mocniej i warknął coś po niemiecku, czego nie zrozumiałem. Zaprowadzili mnie do dwóch pobliskich drzew, przywiązali mój lewy nadgarstek do jednego, a prawy do drugiego i pociągnęli za liny, aż moje ramiona były całkowicie wyprostowane.