Marc stał w holu hotelu, trzymając telefon w dłoni, słuchając monotonnych sygnałów, które gdzieś ginęły w ciszy nocy. Wokół niego ludzie śmiali się, przytulali, muzyka grała głośno z sali balowej, ale on nie czuł już żadnej z tej radości. Nacisnął przycisk kończący połączenie i przez chwilę patrzył przez wielkie okno na zewnątrz. Padał drobny śnieg, cicho osiadający na drzewach. W żołądku poczuł dziwną pustkę, niepokój, którego nie umiał wytłumaczyć.
— No co ty, Marku, co tu robisz? — zapytał Michel, pojawiając się za nim z kieliszkiem szampana w dłoni. — Wszyscy tańczą, a ty stoisz jak słup soli!
— Nic, tylko wyszedłem na chwilę, chciałem zadzwonić do domu, — odpowiedział Marc, próbując się uśmiechnąć.
— A, do Clary? Daj spokój, pewnie się obraziła. Kobiety tak mają, wszystko przejdzie po świętach, — roześmiał się Michel, klepiąc go po ramieniu.
Marc skinął głową, ale nic nie powiedział. Głosy i śmiech z sali oddalały się jak echo. Czuł się obcy wśród tych ludzi, jakby cały świat bawił się bez niego.
Do pokoju wrócił dopiero po trzeciej. Rzucił się na łóżko, nie zdejmując marynarki. Na ekranie telefonu widniało imię Clary i data — 1 stycznia. „Może jutro”, pomyślał, zamykając oczy.
Następnego ranka obudził się z bólem głowy i ciężarem w piersi. Sprawdził telefon — żadnej wiadomości. Zajrzał na media społecznościowe — nic. Ani zdjęcia, ani wpisu, ani śladu po niej. To było dziwne. Nawet kiedy się gniewała, zawsze coś publikowała — ironiczny cytat, zdjęcie, cokolwiek. Teraz cisza.
Po południu pojechał do Brukseli, do rodziców. W całym domu panowała świąteczna atmosfera: mama uśmiechnięta, Vivienne z Gabrielem śmiali się przy stole, dzieci biegały po salonie. Wszystko było ciepłe i kolorowe. Ale w sercu Marca nie było już miejsca na radość.
— A Clara? — zapytała mama, nalewając mu herbaty. — Nie była smutna, że pojechałeś sam?
Marc podniósł wzrok, ale nie wiedział, co odpowiedzieć.
— Nie wiem. Nie rozmawiałem z nią. Jej telefon jest wyłączony.
Matka pokręciła głową. — Może się obraziła, że zostawiłeś ją samą. Nie zostawiaj tego tak, Marc. Ona teraz potrzebuje wsparcia. Kobiety w ciąży wszystko przeżywają mocniej.
Marc milczał. Wiedział, że ma rację, ale coś w tej ciszy Clary było inne. Nie była to zwykła złość. To była nieobecność. Pustka.
Po dwóch dniach nie wytrzymał i ruszył w drogę. Powrót do Lyonu dłużył się w nieskończoność. Co godzinę sprawdzał telefon, ale nadal cisza. Kiedy dotarł pod blok, był wyczerpany.
Wszystko wyglądało tak samo, tylko w mieszkaniu panowała martwa cisza. Powietrze pachniało kurzem i pustką. Chodził z pokoju do pokoju, aż w końcu wszedł do sypialni. Kiedy otworzył szafę i zobaczył pustą przestrzeń po rzeczach Clary, przeszył go zimny dreszcz.
Usiadł na łóżku, patrząc w ścianę. „Odeszła. Ale gdzie?”
Spróbował jeszcze raz zadzwonić. Nic. Zadzwonił do teściowej. Nic. Do Sophie — również nic. Dopiero wieczorem udało mu się dodzwonić do Michela.
— Michel, błagam, pomóż mi. Rozmawiałeś z Sophie? Wie coś o Clarze? — jego głos był zmęczony, niemal rozpaczliwy.
— Udało mi się z nią porozmawiać rano. Powiedziała, że matka Clary była widziana w szpitalu miejskim.
— W szpitalu? Dlaczego tam?
— Nie wiem, Marc. Ale pojedź i sprawdź.
Nie czekał ani chwili. Ubrał się i wybiegł z mieszkania.
W holu szpitala unosił się zapach środków dezynfekujących i niepokoju. Przy ladzie siedziała młoda pielęgniarka.
— Dobry wieczór, w czym mogę pomóc?
— Szukam żony, Clary Dumont. Jestem Marc Dumont. Była w ciąży.
Dziewczyna sprawdziła coś w komputerze. — Chwileczkę… Tak, została przyjęta w nocy z trzydziestego pierwszego grudnia na pierwszy stycznia.
Marc zesztywniał. — I co z nią? Wszystko w porządku?
— Została przeniesiona na oddział położniczy. Poród był trudny, ale dziecko…
— Dziecko? — jego głos zadrżał. — Urodziło się?
Pielęgniarka zawahała się, potem odpowiedziała cicho:
— Tak, dziewczynka. Clara dochodzi do siebie. Może pan ją zobaczyć na chwilę.
Marc poszedł za nią korytarzem, serce waliło mu jak młot. W sali Clara spała. Była blada, ale spokojna. Na stoliku obok leżała mała różowa bransoletka z imieniem „Élodie” i złożony list.
Marc drżącymi rękami otworzył kopertę i przeczytał:
„Marc,
Próbowałam do ciebie dzwonić, ale wiedziałam, że jesteś z rodziną. Nie chciałam, żebyś widział mnie w tym stanie. Nie chciałam psuć wam świąt.
Wszystko zaczęło się nagle. Wieczorem trzydziestego pierwszego dostałam bóli. Sąsiadka zawiozła mnie do szpitala. Bałam się, ale czułam też dziwny spokój.
Kiedy wzięłam Élodie na ręce, płakałam. Nie z dumy, tylko z samotności.
Nie obwiniam cię, Marc. Może oboje popełniliśmy błędy. Ale zrozumiałam jedno: zgubiliśmy się po drodze. Wśród obowiązków, urazów i dumy zapomnieliśmy, dlaczego byliśmy razem.
Proszę, opiekuj się nią. Naszą córką. Nawet jeśli my już nie będziemy razem.”
Marc długo siedział, trzymając list w dłoniach. Czuł, jak każde słowo wbija mu się w serce. Pochylił się i pocałował jej rękę.
— Przepraszam… — wyszeptał. — Nie wiedziałem…
Clara poruszyła się i otworzyła oczy. Jej spojrzenie było zmęczone, ale łagodne.
— Przyszedłeś… — powiedziała cicho.
— Tak. Powinienem był wcześniej.
Między nimi zapadła cisza — gęsta, ale nie bolesna. Z sąsiedniej sali dobiegał cichy płacz dziecka. Pielęgniarka weszła i podała mały różowy kocyk.
— Mała Élodie chce poznać tatę, — uśmiechnęła się.
Marc spojrzał na maleńką twarz, drobny nosek i usta szukające ciepła. Łzy same popłynęły po policzkach.
— Witaj, kochanie… — szepnął.
Mijały dni, potem tygodnie. Clara powoli wracała do sił, a Marc codziennie przychodził do szpitala. Niewiele mówili, ale ich milczenie było inne — pełne, spokojne, jak początek czegoś nowego.
Pewnego lutowego poranka, gdy śnieg już topniał, a słońce rozświetlało miasto, Clara wyszła ze szpitala, trzymając Marca pod ramię. W jej ramionach spała mała Élodie.
— Nie wiem, co będzie dalej, — powiedziała cicho. — Ale nie chcę już uciekać.
Marc uśmiechnął się. — Ja też nie. Może nie będziemy idealni, ale spróbujmy jeszcze raz.
Clara spojrzała na niego i skinęła głową.
Szli powoli wzdłuż chodnika pokrytego resztkami śniegu. Nad nimi niebo było czyste, a w powietrzu czuć było zapach kończącej się zimy.
Marc pomyślał, że czasem trzeba wszystko stracić, żeby nauczyć się kochać od nowa. I po raz pierwszy od dawna poczuł, że naprawdę jest w domu.
