Zacząłem odkładać pieniądze. Grosz do grosza. Sprzedałem rower, schowałem trochę zleceń „na boku”. Nie wiedziałem dokładnie, co zrobię. Ale czułem: muszę wyjść. Muszę wyrwać się z tego… nicości.
Pewnego dnia przyszedłem do domu wcześniej. Zmęczony, obdarty, po całym dniu w serwisie. A ona, widząc mnie w drzwiach, powiedziała:
— Wlazłeś jak dziad. Widziałeś się? Włosy tłuste, buty ohydne. Idź się ogarnij, bo wstyd.
I wtedy coś we mnie pękło.
Postawiłem torbę. Podszedłem do niej i spokojnie powiedziałem:
— Aneta, odchodzę.
Zaśmiała się.
— Dokąd niby? Do mamusi?
— Nie. Do siebie.
— Siebie nie masz, Marek. Jesteś nikim.
— Może i tak. Ale wolę być nikim sam niż nikim z tobą.
Zabrałem swoje rzeczy. Wystarczyła jedna torba. Zdjęcia z dzieciństwa, dokumenty, kurtka. Zostawiłem obrączkę na stole. Klucze też.
W drzwiach rzuciła:
— Pożałujesz. Beze mnie zginiesz.
Odpowiedziałem:
— Już ginę. Od lat. Teraz chcę żyć.
Minęło pół roku.
Wynajmuję mały pokój. Mam nowe buty. Codziennie rano piję kawę w tej samej kawiarni i nikt na mnie nie krzyczy. Czasem bywa samotnie. Czasem — ciężko. Ale słyszę siebie. Oddycham.
Zacząłem znowu rysować. Coś, co kochałem jako dziecko.
Aneta dzwoniła. Pisała. Stała pod moją pracą. Błagała, przepraszała. Mówiła, że się zmieniła.
Popatrzyłem jej w oczy i powiedziałem:
— Ja już nie chcę wracać do roli ducha we własnym życiu.
Odwróciłem się i odszedłem.
Nie jestem już „nikim”.
Jestem Marek. I w końcu jestem sobą.
