Stał w korytarzu i wycierał buty o wycieraczkę, jakby właśnie wrócił z warzywniaka, a nie z tamtego świata.
— Masz coś ciepłego do zjedzenia? Jestem głodny jak wilk…
Cała się trzęsłam. Zrobiłam krok w tył, aż plecami dotknęłam ściany. Patrzyłam, jak idzie do kuchni, jak ściąga czapkę i wiesza ją na wieszak. Ruchy, głos, sylwetka — to był Wiesiek. Ale nie był. Nie mógł być.
— Wiesiek… ty…
— Co się tak gapisz, Maryśka? Jakbyś ducha zobaczyła! — i się zaśmiał. Z A S M I A Ł się.
Serce mi podeszło do gardła.
— Pochowałam cię. Stałam nad twoją trumną. Twoja siostra rzucała różaniec, pamiętasz?
— Co ty bredzisz? To ci się chyba śniło, kobieto…
Usiadł przy stole, jak gdyby nigdy nic.
— Masz jeszcze ten dżem z węgierek, co robiłaś w 2022? Uwielbiałem go.
— Nie było cię od lutego…
— Byłem w Katowicach. Mówiłem ci. Trzeba było coś załatwić.
Weszłam do sypialni i zamknęłam drzwi. Ręce mi się trzęsły. Wyjęłam album ze zdjęciami z pogrzebu. Trumna. Krzyż. Wieniec z napisem „Kochanemu Mężowi”. To wszystko się wydarzyło.
I wtedy usłyszałam szum wody w łazience. Wiesiek nucił. Tę samą melodię, którą śpiewał rano w dniu, w którym potrącił go tir.
— Kim ty jesteś? — zapytałam cicho, wychodząc z pokoju.
Spojrzał na mnie. Spokojnie.
— Marysiu, co ty mówisz? Zwariowałaś?
— Ty nie byłeś w Katowicach. Byłeś w ziemi. Byłeś martwy.
Wstał powoli.
— Jeszcze nie teraz miałaś się dowiedzieć.
Coś w jego głosie się zmieniło. Zrobił się pusty. Metaliczny.
Podszedł do mnie.
— Miałem 9 dni. Tyle było mi dane. Ale coś się… zepsuło. Nawet ja nie wiem dokładnie co.
— Co się zepsuło?
Nachylił się. Szeptał:
— Ktoś otworzył coś, co powinno było zostać zamknięte. I ja… nie jestem jedyny, który wrócił.
Zamarłam.
W tym momencie — ktoś zadzwonił do drzwi.
Spojrzał na mnie:
— Nie otwieraj.
— Kto to?
— Marysiu… Jeśli otworzysz, nic już nie będzie takie samo.
I sam ruszył do klamki.
Następnego dnia w lokalnej gazecie napisano jedno zdanie:
„Starsza kobieta znaleziona w swoim domu w stanie skrajnego szoku. Powtarzała tylko jedno:
— To nie był on. To nie był on. To nie był on.”
Na wycieraczce — ślady dwóch par butów.
Mokre.
Jakby właśnie wyszli… z ziemi.
